Nie lubię Amerykanów – powiedział Anwar pierwszego dnia po moim przyjeździe. – Lubię tylko ich pieniądze.

Anwar mieszka w Cancún, turystycznej Mekce Meksyku. Cancún powstało w latach siedemdziesiątych. Grupa bankierów, dostrzegłszy jak dużo Meksyk może zyskać na rozwoju turystki, postanowiła stworzyć konkurencję dla popularnego wówczas Acapulco i zbudować od zera wakacyjny raj. Początkowo brano pod uwagę kilka różnych lokalizacji. Ostatecznie wybór padł na maleńką wioskę rybacką w nieco zapomnianym zakątku Morza Karaibskiego.

O wyborze zadecydowało sąsiedztwo długiego na 23 kilometry pasa ziemi odcinającego lagunę Nichupté od morza. To na tym wąskim skrawku plaży powstała Strefa Hotelowa – Zona Hotelera, enklawa amerykańskich turystów. Na stałym lądzie, daleko od morza, powstało jej zaplecze:  mieszkania dziesiątek tysięcy pracowników rozrywkowego imperium. Cancún lądowe i Cancún hotelowe mają ze sobą mało wspólnego. To o tych dwóch różnych miastach będzie dzisiejsza opowieść.

Wakacyjny raj

-Hey, guapa, tym białym nóżkom przydałoby się trochę słońca! – rubasznie powitała mnie Zona Hotelera w osobie sprzedawców zdecydowanie za drogich wycieczek. Ubrani w w śnieżnobiałe uniformy czatowali na kolejną ofiarę w budce przy ruchliwym skrzyżowaniu. – Może wycieczka? Cenotes, Isla Mujeres? – próbowałam przejść przez ulicę i  nie miałam dokąd przed nimi uciec – Nie? A może szukasz Meksykańskiego chłopaka? Spójrz na niego, przystojny i do wzięcia!

Nikt, kto nie wygląda na miejscowego nie może przejść po Zona Hotelera niezaczepiony. Wszyscy chcą tu coś sprzedać: bilety na odbywające się tu wieczorami gigantyczne imprezy, wycieczki do otaczających miasto parków sportów ekstremalnych albo do najpiękniejszych skrawków dziewiczej przyrody, ale też lody, kokosy, piwo, kapelusze i bransoletki.

Nie-miejscowi to najczęściej Amerykanie, którym udało się na chwilę wyrwać z korporacji albo studenci w przerwie semestralnej. Wszystko w Cancún urządzone jest tak, żeby im się podobać: w Zona Hotelera wszędzie można zapłacić dolarami, obsługa mówi po angielsku, tacos zastępują dobrze znane, zamerykanizowane burritos i steki, a drinki serwuje Hard Rock Café. Sklepy z pamiątkami zalewa pocztówkowy, pseudomeksykański kicz wyprodukowany na potrzeby spełnienia amerykańskich pop-kulturowych oczekiwań. Tysiące zatrudnionych tu ludzi dokłada wszelkich starań, żeby utrzymać gringos w ich oderwanym od rzeczywistości wakacyjnym raju.

A gringos? Gringos są na wakacjach i chcą wierzyć we wszystko, co się im powie. W parku linowym, w którym pracuje Anwar rosną drzewa kauczukowe, budzące z jakiegoś powodu wielkie zainteresowanie turystów. Od jednej odpowiedzi na natrętne pytania do drugiej, przewodnicy stworzyli opowieść o Carlitosie, nieustraszonym handlarzu kauczukiem, meksykańskim self-made man, który rzekomo kontrolował niegdyś gros dostaw gumy do Europy. Z biegiem czasu nieistniejący handlarz doczekał się skromnego domku, z którego kierował nieistniejącym gumowym imperium, i zbiórki całkiem prawdziwych datków przeznaczonych na jakiś szczytny cel. – Jasne, że cała ta historia to bujda na resorach – powiedział Anwar – Ale gringos się podoba.

Tak rozpieszczanym gringos woda sodowa uderza do głowy. Wydaje im się, że za dolary mogą kupić wszystko. Poczucie wyższości wylewa się im uszami, kiedy dla draki demolują lotnisko albo narzekają na za dużo Meksyku w Meksyku. Chociaż nie wszyscy Amerykanie w Cancún są tak aroganccy, to i tak za często zdarza im się zdarza się zapomnieć, kto przyjechał z wizytą, a kto jest u siebie.

-Mieliśmy kiedyś takiego gościa – Anwar opowiadając tę historię uśmiecha się tylko pod nosem. – Przyjechał ze swoją dwunastoletnią córką. Wybrali się na przejażdżkę quadami. Facet po pierwsze nie wykupił ubezpieczenia, a po drugie pozwolił córce kierować, mimo że zgodnie z zasadami parku była na to za mała. Doszło do stłuczki. Facet nie tylko nie chciał zapłacić za szkody, ale upierał się, że to wszystko wina pracowników parku, którzy nie dopilnowali limitu wieku. Groził pozwem, jeśli nie dostanie zdjęć za darmo. Awanturował się na tyle głośno, że dostał, co chciał: a potem okazało się,  że to jego coroczna sztuczka.

-Innym razem przyjechała do nas kobieta z dwunastoletnim może synem. Chociaż była kompletnie pijana, jej syn nie był w ogóle tym zdziwiony. Ciągle nas nagabywała: ‚Hej, chłopcy, nie macie czasem marihuany? Jak to nie macie marihuany? Na pewno sami czasem palicie! Nie załatwicie mi trochę? No chłopcy, proszę!”: i tak przy każdym przystanku, na stołówce, przy wyjściu.  Zdarzają się też Amerykanki pokazujące więcej, niż chciałoby się zobaczyć, albo mężowie pytający jak podoba mi się biust ich żon. Niedawno głośno było o studentach skandujących ‚Zbuduj ścianę’ na luksusowym statku w zatoce. Powiedz mi, jak my mamy ich lubić?

Kiedy siedzieliśmy w barze po Meksykańskiej stronie Cancún, pełnym w dniu wypłaty, zapytałam Anwara czy to dobrze, że tylu Amerykanów przyjeżdża do Cancún. – Jasne, że to dobrze. – odpowiedział – Zostawiają tu pieniądze. Gdyby nie oni, nie miałbym za co kupić tacos u sprzedawcy na rogu, który z kolei nie miałby za co posłać dzieci do szkoły, nikt nie siedziałby w tym barze… Bez turystów nie byłoby Cancún.

Cancún to gospodarczy gigant: 20% zysków z turystki w całym Meksyku pochodzi stąd. W ciągu zaledwie 40 lat miasto rozrosło się z wioski rybackiej o trzech domach na krzyż do  metropolii o ponad sześciuset tysiącach mieszkańców. Przyjechali tu ze wszystkich części kraju w jednym tylko celu: ciężko pracować na lepsze życie w meksykańskiej wersji American dream.

ukroki meksykańskiego Cancun

– Nie rozumiesz, Marta. – Anwar machnął ręką w geście dezaprobaty – w Acapulco nie zawsze jest bezpiecznie. Da się tam żyć, ale są też źli ludzie, na których trzeba uważać. Mój brat jest ślusarzem, najlepszym w mieście. Wymienia zamki w samochodach. Regularnie zgłaszają się do niego gangi złodziei i składają propozycje nie do odrzucenia, a on musi manewrować tak, żeby z nimi nie pracować, ale i żeby nie narobić sobie wrogów. Ja po prostu nie chcę mieć z nikim problemów, dlatego jeżdżę powoli, zapinam pasy i mieszkam w Cancún.

Cancún, w którym mieszka Anwar w niczym nie przypomina Zona Hotelera. Oddalone o dobre pół godziny jazdy autobusem, składa się w większości z maleńkich domków ustawionych wzdłuż odchodzących od głównych ulic zatoczek w kształcie litery U – ten układ, według projektantów, miał zapewnić mieszkańcom ciszę i spokój z daleka od ruchu drogowego. Poza nimi jest tu jeszcze kilka głównych arterii pozbawionych przejść dla pieszych, kilka centrów handlowych i dworzec autobusowy. Lądowe Cancún jest zwyczajne, codzienne, użytkowe, na tyle nijakie, na ile nijakim mogło mi się wydać miasto w tropikach w porównaniu z Moskwą.

Nie jest łatwo być bladoskórą w meksykańskim Cancún. Amerykanie słyną z astronomicznych napiwków, więc dopóki uchodzę za Amerykankę wszyscy są nad wyraz mili – czuć jednak wyraźnie, że często to sympatia podszyta pogardą. Miasto jest podzielone na „nas” i „ich”, na pracujących sześć dni w tygodniu Meksykanów i turystów, którzy nie zawsze umieją tę pracę uszanować. Miejscowi bronią swojej tożsamości przed powszechnym zamerykanizowaniem. Z jednej strony robią, co trzeba żeby goście byli zadowoleni i żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej pieniędzy. Z drugiej strony, w zrozumiały sposób wylewa się z nich frustracja na niesprawiedliwość okoliczności, podkreślaną jeszcze przez arogancję Amerykanów. Dlatego właśnie, chociaż jeden z jego najbliższych przyjaciół to Amerykanin, Anwar nie za bardzo lubi gringos.

Centrum zwyczajności w Cancún jest park Las Palapas – mały skwer w środku miasta, zamknięty z jednej strony stoiskami z tacos, a z drugiej dużą sceną dla szkolnych występów. Kiedy trafiłam tam po raz pierwszy byłam przekonana, że przyszłam za późno – było wczesne popołudnie, żar lał się z nieba, kilka par siedziało przy kamiennych stolikach przypominających karuzelę z obrotowych filiżanek. Spoglądali leniwie w przestrzeń znad resztek tacos, czekając niewiadomo na co. Ja też zjadłam, co akurat udało mi się zamówić, popatrzyłam przez chwilę w przestrzeń, i poszłam na spacer po wyglądającym jak wymarłe o tej porze centrum.

Kiedy wróciłam na Las Palapas, na scenie zaczynała się właśnie próba do przedstawienia z okazji końca karnawału, obwoźni sprzedawcy rozstawiali stoiska z przekąskami, widownia zajmowała miejsca w cieniu. Cancún ożywa wieczorem, kiedy wszyscy wracają do domu po długim dniu ciężkiej pracy i co najmniej czterdziestu minutach w zatłoczonym autobusie.

popołudniowy koncert na Las Palapas

Tym czasem na Las Palapas karnawał rozpoczął się na dobre. Tancerki w wieku szkolnym machały do rytmu ogromnymi pióropuszami, ku uciesze babć i mam na widowni. Handlarze z przekąskami przeciskali się wśród tłumu. Anwar dołączył do mnie dopiero kiedy zaczęło się ściemniać. Obejrzeliśmy razem pół występu jednej z grup, zjedliśmy dziwaczne słodkie naleśniki wypełnione słonym serem i zaczęliśmy zbierać się do domu.

– Chodź – powiedział Anwar – Jutro znowu cały dzień muszę zabawiać gringos.

Anwar, wiatr i palmy w  Playa del Carmen

 


 

Samowar częściej niż tutaj znaleźć można na facebooku i instagramie . Zapraszam, sami sprawdźcie!

The Flying Update

Latająca Poczta